że zapomniał nawet
że zapomniał nawet o swojej spluwie... Doskonale! Ogniomistrz cofnął się i zaczął iść podnieconym krokiem. Miał przez chwilę wrażenie, że tamci wbiją mu zaraz bagnet pod łopatkę. Szedł więc coraz szybciej w stronę Stanislausa. Abel siedział pod ścianą, widocznie odzyskał już całkiem przytomność, bo pytał ich z daleka: — Co tam się stało? Strop przebity, zawaliło przejście — wyjaśnił Peter Grunwald. Doznał nieoczekiwanego uczucia radości: to już koniec wojny! Wygrzebią się stąd za dwa, trzy dni. Front przewali się tymczasem... W ostatnich dniach ciągle o tym myślał. Lepiej dostać się do niewoli, byle nie patrzeć już na tę rzeźnię, tę masakrę, nie słyszeć armat, samolotów, serii z karabinów, nie słyszeć wrzasków ogniomistrza. Niech zginie to świńskie bydlę, które tyle krwi im napsuło! Czy to teraz nadeszła okazja, żeby kropnąć w łeb temu ohydnemu zupakowi? Wiedział jednak, że w przelotnej złości nie zdobędzie się na to. Musiałby się chyba upić albo doznać takiego upokorzenia, że tylko krew mogłaby go uspokoić. Co ci jest? — spytał krótko ogniomistrz. — Raniło cię? — Znowu zapalił latarkę i pochylił się do Abla. Głowa boli mnie okropnie — odparł Stanislaus. — Jezus, Maria — jęknął — jak boli! Ogniomistrz wyprostował się po chwili. — „Boli\" — zaczął go przedrzeźniać. — „Okropnie\", „Jezus, Maria\"... Markirant, cholera! Sos pomidorowy masz na łbie, rozumiesz? Konserwa pękła. Peter zaśmiał się nerwowo i ukląkł przy Ablu. — Pokaż... Naprawdę? — Diabli wiedzą — odparł Abel i znowu mu się czknęło. — Coś mi się zwaliło na łeb, może to i konserwy... Willi zauważył: — To wszystko jedno, czy kamień, czy konserwa. Od tego także dostaje się wstrząsu mózgu. On ma czkawkę... Możesz wstać? — spytał. Stanislaus dźwignął się i natychmiast zawył z bólu. — Noga, coś mi się zrobiło z nogą! Chłopcy pomogli mu. Z wielkim trudem uszedł kilka kroków, podskakując na jednej stopie i jęcząc przez zaciśnięte zęby. W końcu oparł się na ramionach przyjaciół. Zanieśli go do izby, w której stały łóżka, i ułożyli wygodnie. Peter otarł mu ręcznikiem głowę i twarz. Nie było żadnej rany. Potłukło go tylko i zamroczyło. Złożył więc ręcznik w czworo i zaczerpnąwszy wody z beczki, przyłożył mu kompres na głowę. Usiedli wszyscy na łóżkach, ogniomistrz na taborecie. Nie było dla niego tutaj posłania, sypiał gdzie indziej — przy pierwszym działonie, tam za drzwiami. Diabli go tu przynieśli, właśnie zanim spadły bomby w pełni jazgotu zenitó-wek. Gdyby się spóźnił, już by ich nie drażnił swoją osobą! Praschke chciał być teraz z nimi, chciał im przeszkodzić w jakiejkolwiek zmowie. Lepsza kłótnia z bezczelnymi młokosami niż bagnet pod żebrem... Zapalił papierosa i patrzył ponuro w podłogę. Lampa rzucała z góry światło na jego hełm. Cień przesłaniał mu twarz aż do warg. Siedzi bez słowa. O czym tak myśli?... Nic nie wiedzieli o przeszłości ogniomistrza. Nie wiedzieli, gdzie odbywał służbę wojskową, jakie ma znajomości czy zainteresowania. Podoficerowie raczej unikali jego towarzystwa. Był właściwie sam. Niekiedy, bardzo rzadko, Praschke otwierał portfel, przeglądał fotografie i listy. Nikt się nie mógł domyślić, jakie uczucia wtedy przeżywa. Może roztkli-wiał się, wzruszał?... On? Gdy się rozzłościł, rozkazywał żołnierzom, aby w pełnym uzbrojeniu wchodzili do lodowatej wody, po której płynęła kra. „Jeszcze dalej!\" — darł się z brzegu. Gdy woda sięgała im do piersi i krę trzeba było odpychać rękami, dawał znak do powrotu. Potem spoglądał na zegarek. „Pięć minut na przebranie się\" — oznajmiał. Następnie urządzał przegląd broni. „Co ci tak zęby latają? — pytał, z głupia
Poprzedni - Dźwignąć, ale głowaNastępny - Frant, dygocącego z